czwartek, 7 maja 2015

"Wszystko jest prawdziwe"

 



Niemożliwe jest ustalenie obiektywnego przekonania o wyższości pewnych dzieł nad innymi. Kanon ulega nieustannym modyfikacjom w zależności od subiektywnej wizji, nakreślonych kategorii estetycznych, charakterystycznych dla każdej jednostki z osobna. Wybiórcze traktowanie pewnych dzieł jest narzuceniem reszcie społeczeństwa własnego spisu, który kształtował naszą świadomość. Nawet stały element kultury może być negowany, ponieważ nigdy nie będzie to selekcja wolna od prywatnych gustów. Kanon jest polifoniczny, nawet ten narzucony przez wpływowy autorytet jest wyrazem cudzych poglądów, może okazać się pozbawiony uniwersalizmu. Mimo to próba pozornej obiektywizacji jest potrzebna. Pozwala stworzyć fundamentalny system odniesień, sferę porównań. Być odzwierciedleniem głównych nurtów epoki, wyrazem tendencji wyniesionych na piedestał, wzorcem formy stosowanym w danym okresie. Jednak samo pojęcie kanonu jest płynne - ulega ono ewolucji wraz z rozwojem, wpływami coraz to nowszych ośrodków kreujących kulturę.  
       Uważam, że podstawową kategorią pozwalającą dokonać wyboru dzieła kanonicznego jest jego wpływ na resztę epoki literackiej. Twór, który jest podstawą licznych porównań, wyrazem swoich czasów, może stać się swoistym symbolem, stałym elementem ponadczasowego spisu dzieł danego kręgu kulturowego. Jednak nawet wybór dokonany pod takim kontem nie jest wolny od osobistych upodobań. Dokonujący wyboru zawsze narzuci katalog odpowiadający mu pod względem preferowanej epoki, języka literackiego czy proponowanych treści. Dlatego dziełem, które ja uważam za kanoniczne jest cykl “La Comedie Humaine” Honoriusza Balzaka. Jednak należy podkreślić, że jest to mój subiektywny wybór dla którego jednak można przytoczyć argumenty przemawiające za wyższością akurat tego dzieła nad innymi.
       Powszechnie znany każdemu czytelnikowi od lat szkolnych jest “Ojciec Goriot”. Powieść ta wysuwana jest na piedestał nie bez powodu. Tak jak w całym cyklu bogato nakreślono tło historyczne, realizm cechujący przedstawienie typowego francuskiego społeczeństwa czasów restauracji. Pisarz naśladuje rzeczywistość, tworzy postacie zwyczajne, ale nie pozbawione indywidualności. Nie boi się kontrowersyjnego przyjęcia, pozostając wierny swojej twórczości (sławę przyniosła mu “Fizjologia małżeństwa”, spotkała się ona z licznymi zarzutami o brak przyzwoitości i wywołała niemały skandal). Dla pisarza zachowanie ludzkie było przedmiotem wnikliwych obserwacji, ukazywał zależności środowiskowe, nie unikał ukazania prawdziwej natury ludzkiej. Jego postacie nie są podkoloryzowane - są na wskroś prawdziwe. Człowiek Balzaka nie jest nigdy czarno-biały. Czasem prostytutka okazuje się wrażliwszym, czystszym stworzeniem niż bogata matrona ofiarująca datki na sierociniec. Świat okazuje się na wskroś zepsuty. Ludzkie uczucia schodzą na dalszy plan, zepchnięte przez materializm, pogoń za pozornym sukcesem. Najbardziej widoczne jest to w podcyklu “Blaski i życie kurtyzany”. Balzak nie był twórczo uwiązany pozytywnymi zakończeniami. Jego opowieści są prawdopodobne. Złoczyńcy w typie Vautrina żyją dalej, przebiegle władając własnym losem, nawróceni zaś uciekają się do samobójstwa, przytłoczeni rzeczywistością. Autor zręcznie miesza chwilowy romantyzm z przeważającą tendencją do realizmu. Potrafi uświęcić błogie chwile, pełne czystej miłości, jednak nigdy nie zapomina, że wszystko ma swoją cenę. Szczęście jest ulotną chwilą, która nie może trwać wiecznie i tylko cierpienie pozwala nam te momenty docenić.
  Absolutnie wyjątkową cechą “Komedii Ludzkiej” jest jej niezwykłe uniwersum.
W przeszło stu tomach umieszczonych jest prawie dwieście współzależnych od siebie postaci. Przewijają się one prawie we wszystkich tomach, dzięki czemu wyszukiwanie “tropów” i połączenie powiązanych wątków staje się przyjemnością. Relacje między bohaterami nie są przypadkowe, zwykły przechodzień może okazać się bohaterem następnego dzieła. Dla osoby niewtajemniczonej są to motywy nie do uchwycenia, jednak gdy sięga się po kolejny tom wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. Okazuje się współgrać, być siecią wzajemnych zależności. Z całą złożonością rzeczywistości wykreowanej w umyśle autora można się zapoznać podziwiając wykaz postaci i ich powiązań, graficznie nakreślony w paryskim domu pisarza. Rozległość jest tak wielka, że ściany małego pokoju okazują się być niewystarczające. Wyjątkowość jawi się też w tym, że możliwe jest czytanie każdej powieści z osobna, historie są niezależne. Łączą się w umyśle autora. Są autonomiczną częścią powiązanej całości.
      Cały cykl posiada unikatowy charakter. Żartobliwa kpina z życia odbija się w każdej
z jego powieści. Większość jego twórczości to tragikomedia podszyta obłudą. Balzak zdaje sobie sprawę z ulotności życia, czuć ją na każdej stronie. Tworzy brutalny świat pozbawiony tkliwości. To, co jest dla istotne dla pojedynczej jednostki dla kogoś innego nie jest warte ulotnego spojrzenia. Pewne rzeczy są niezmienne, ludzie są sterowani przez żądze, a nad tym wszystkim panuje chęć zaimponowania równie pozbawionej skrupułów reszcie. Plotka jest niebezpieczną bronią, prawda nie broni się sama. Bo prawda jest taka, jaką cwana jednostka ją wykreuje. Nieważne czy chodzi o wpływowego barona czy pospolitego Vautrina. Liczy się spryt i wpływy. Wygra najprzebieglejszy albo najbogatszy. Miłość nie potrafi przetrwać, przygnieciona prozą egzystencji.
         Siłą “La Comedie Humaine” są kreacje kobiece, które nie są tylko estetycznym dodatkiem do historii, często stają się one osią powieści. Ich charaktery nie dublują się, postacie są wyraziste i pełne życia. Pochodzą z różnych warstw społecznych, cechują się inną moralnością. Prezentują skrajnie różne postawy. W “Kobiecie trzydziestoletniej” spotykamy pierwowzór “Pani Bovary”. Balzak zrywa w tej powieści z miłością sielankową, pokazując rozterki kobiety, przedstawiając małżeństwo jako legalną prostytucję. Tak jak w “Fizjonomii małżeństwa” - nie boi się trudnych tematów, tak chwytliwych w tej epoce. Przedstawia kobietę “w wieku balzakowskim” jako istotę autonomiczną, ale zatraconą w konwenansach. Pisarz naruszył obyczajność, zapewnił sobie sukces wydawniczy, zarazem otwierając oczy społeczeństwu na marazm życia powszedniego i wszechobecne zakłamanie. Kobieta  chcąca od życia czegoś więcej jest postacią tragiczną, zmuszoną do bycia wpisaną w określone role społeczne, nie zdolną do samodzielnej egzystencji. Gra w grę pozorów, tracąc przy tym radość życia. Jest istotą, której nie dana była indywidualność, pozwalająca na samorealizację, tak podstawowa w dzisiejszych czasach. Balzak podejmuje trudny temat miłości z rozsądku, istotny problem obecny w jego epoce. Właśnie dzięki takim dziełom możliwa była rewolucja, prowadząca kobiety do pozycji wartościowej jednostki, nie tylko żony i matki.
      “Komedia Ludzka” pokazuje codzienność każdej warstwy społecznej. Maluje ludzkość pochłoniętą doszczętnie przez walkę o byt, pogonią za pieniądzem i własną ambicją. Jego postacie zatracają się w rzeczywistości, egoizm wygrywa z altruizmem. Poświęcenie prowadzi do zagłady. Balzak z równą znakomitością portretuje galernika czy prostytutkę, potrafiąc równocześnie z taką samą precyzją przedstawić dewotki czy wielkie damy. Nie pomija żadnych zjawisk społecznych, nie faworyzuje - tworzy przekrój zupełny Paryżan. Zresztą samo miasto staje się cichym bohaterem. Realistyczne tło kształtuje postacie, wpływa na ich charakter i zachowanie. Wraz z narratorem wędrujemy poprzez dzielnice biedoty aż do wielkich pałaców, czasem zakosztowując sielskiej prowincji. Jednak nawet pozornie najpiękniejsza lokacja ukazuje zepsucie i brak wyższych ideałów. Porównując miasto do ubłoconego śmietnika ukazuje upadek moralności, wyrachowanie zarówno śmietanki towarzyskiej jak i ubogich, zwykłych ludzi. Marzeniem każdego jest powóz, by przypadkiem nie zbrudzić butów plebejską mazią zalegającą na ulicach. Dla wszystkich najwyższą wartością jest społeczny awans, jednostki wyłamujące się z konwencji skazane są na ostracyzm. W świecie Balzaka pieniądz tworzy iluzję miłości (idealny jest tu przykład barona Nucingena i jego relacja z Esterą). Niestety dla większości te złudzenie staje się wystarczające. Świat jest pełen wyzysku, stosunki międzyludzkie zmieniane są w transakcje handlowe. Zaufanie zastępowane jest wzajemnymi korzyściami. Wierność okazuje się wadą. Bezwzgędna machina wciąga każdego uczestnika, prowadząc do odrzucenia moralności. Tu majątek stanowi o wartości człowieka, którego trzeba wykorzystać bez mrugnięcia okiem do własnych celów. Przecież “życie jest kuchnią, aby w nim cokolwiek zrobić, trzeba pobrudzić ręce”. Społeczeństwo jest przedstawione jako twór skrajnie negatywny, niezdolny do wdzięczności czy jakichkolwiek innych wyższych uczuć. Zresztą każdy przejaw ukazania realnych emocji jest uważany za słabość, prowadzącą do upadku. Jednostki próbujące wybić się ponad beznadziejną rzeczywistość boleśnie upadają. Eugenia Grandet swoją ufnością i niewinnością daje nadzieję na triumf uczciwości i prostolinijności. Jednak postawa ta prowadzi do skrzywdzenia bohaterki, determinując całą jej przyszłość. Kolejny raz wyrachowanie triumfuje.

          Honoriusz Balzak stworzył szerokie studium ludzkiej psychiki. Traktował człowieka jako obiekt badawczy. Starał się spoglądać na świat z dystansem, z pozycji bezstronnego narratora. Obserwował, ale nigdy nie oceniał. Dzięki temu zabiegowi udało mu się idealnie odwzorować epokę. Przecież nieprzypadkowo uznawany jest za ojca realizmu i współczesnej powieści europejskiej. Autor posługuje się uniwersalnymi tematami, które nigdy nie stracą ważności. Dostrzega tak ważny i współcześnie kult pieniądza, relatywizm moralny. Dlatego jego twórczość jest tak istotna. Pozwala dostrzec problemy z pozycji widza, spojrzeć na swoje życie przez pryzmat bohaterów powieści. Pozwala skonfrontować wizję świata indywidualnego czytelnika z rzeczywistością, zauważyć wszechobecne zakłamanie i mechanizmy kierujące naszym otoczeniem. Dzięki temu stajemy się bardziej świadomi, skłonni docenić to, co posiadamy. Flagowe dzieła Balzaca - m.in. “Ojciec Goriot” czy “Eugenia Grandet” powinny zajmować istotne miejsce w kanonie literatury światowej, gdyż wywołały wpływ nie tylko na współczesny mu rynek literacki, ale także nieustannie wpływają na psychikę czytelników. Jest to zajmująca lektura, wywołująca liczne przemyślenia. Zresztą wpływ tego autora na epokę jest równie istotny. Tworząc powieści w których “wszystko jest prawdziwe” stworzył podwaliny naturalizmu. Utorował drogę i stał się inspiracją dla takich osobistości jak Emil Zola, Gustave Flaubert czy Marcel Proust.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Gra w interpretację

 



Przy grze w interpretację najważniejsza  jest własna intuicja. To ona pozwala nam subiektywnie wykluczyć wielość odniesień, wybrać trafniejsze. Dlatego każda interpretacja jest wartościowa. Nawet te skrajnie przeciwstawne nie mogą zostać wykluczone, mogą stać się inspiracją. Nie da się wykluczyć wpływu własnej osobowości na odbiór dowolnego tekstu. Nawet przestrzenne uformowanie może mieć wpływ na sposób percepcji, budzić skrajnie różne skojarzenia. Wyizolowane, autonomiczne słowa mogą rzucić cień na całość postrzegania. Każdy, nawet podświadomie wyciąga na wierzch najbardziej odpowiadające mu wersje. Pozwala postawić granicę między interpretacją, a nadinterpretacją. A to, że żyjemy w podobnym kręgu kulturowym, znamy podobne klisze, archetypy i odniesienia pozwala na to, by niektóre sposoby patrzenia na tekst były uważane za przewodnie, ponieważ mogą zostać uznane za najbardziej uniwersalne, mogące być dopasowane do pierwotnego tekstu nawet przez sceptyka. Odnosząc się do powyższego cytatu J.Cullera - pozwala  nam to podsunąć trafniejsze odpowiedzi.
        Jednostkowy czytelnik posiada indywidualną wrażliwość na szczegóły. Na każdego z osobna działają inne symbole, przenikliwy czytelnik ma przewagę nad pobieżnym. Gusty i doświadczenia są różne, co nieustannie wpływa na proces myślenia o sztuce i jej dogłębne poznawanie. Zupełnie inaczej postrzegany będzie niezwykle popularny w ostatnich latach “Zmierzch” dla kogoś zainteresowanego wampiryzmem (tutaj opinia o potworach w wersji Stephenie Meyer będzie skrajnie negatywna), zupełnie inaczej spojrzą na ten element popkultury osoby zdające sobie sprawę z mormońskich wartości, które przyświecały autorce. Nawet znajomość historii, czy zjawisk społecznych minionych wieków wpływa na jakość interpretacji. Czytelnikowi, któremu znana jest rzeczywistość lat w których dzieje się “Azyl” William’a Faulknera łatwiej będzie zrozumieć świat prohibicji południa Stanów Zjednoczonych. Kluczowy jest nawet wiek interpretatora. Zupełnie inaczej będziemy postrzegać mity i ich wpływ na współczesną kulturę w dorosłym wieku. Dzieciom nie sposób zauważyć powiązań komiksowych bohaterów z Heraklesem, schematów żywcem wyrwanych z mitycznej rzeczywistości wrzuconych do nowowykreowanego świata. Wraz z dorastaniem rozszerzamy horyzonty. Jednak liczne odniesienia które podświadomie nabywamy od wczesnego dzieciństwa pozwalają też odtworzyć ciąg porównań. Prawie wszystkie utwory literackie oscylują wokół tych samych tematów. Wzajemne inspiracje są nieuniknione. Zmienia się tylko sposób, forma przekazu. 
 Dlatego polemizowałabym z twierdzeniem Wiktora Szkłowskiego, że “sztuka to chwyt”. Moim zdaniem chwytliwość utworów jest często zupełnie przypadkowa. Zależy od wykształcenia czy pochodzenia odbiorcy. Dla jednych język użyty w “Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej będzie przyciągającą uwagę stylizacją, dla innych zwykłym elementem codzienności. Wszystko zależy od środowiska odbiorcy jak i autora, co skutecznie uniemożliwia jednoznaczne zakwalifikowanie, gdyż owy chwyt staje się pojęciem względnym. To co dziś wydaje się niezwykłe, jutro może okazać się szarym tekstem niewartym najmniejszej uwagi. Istotą sztuki nie jest jej podanie w nowatorski sposób, a podatność na jej intertekstualność i możliwości pozwalające na dostosowanie do zmiennej rzeczywistości. Skuteczne malowanie obrazami i symbolami. Uchwytne zależności językowe, gry słów są tak samo ważne zarówno w poezji jak i w prozie. Zresztą zwłaszcza proza ze swoją swobodną prostotą może  nawet podświadomie zawierać zestawienie zmieniające sens całego przekazu. “Nocny lot” Antoine de Saint-Exupery’ego tylko pozornie jest opowiadaniem o tragedii pocztowego lotnika. Spod przygodowej warstwy, która tylko na pierwszy rzut oka jest najważniejsza wyłania się historia o walce z prozą życia i gotowością na przyjęcie tego, co nieuniknione. Nawet użyty język przywodzi na myśl poezję. Według Szkłowskiego uogólnienie jest główną cechą prozy z czym nie mogę się zgodzić. W powyższym przypadku to właśnie proza imitująca niezauważalnie to, co powinno być przekazane językiem poezji doprowadza do celu okrężną drogą. Gdy odrzucimy pozornie prostą historię i “zagramy w interpretację” możemy przyswoić sobie zupełnie inną opowieść, na podstawie tych samych słów. Wszystko zależy od wysiłku  i chęci czytelnika. Zresztą takie same cechy wykazuje też sposób przyswajania poezji. Język jako zespół symboli służących do przekazywania myśli tylko pozornie hołduje twierdzeniu, że “im prościej tym lepiej”. 
Nawet w prostocie (zaryzykowałabym stwierdzeniem, że zwłaszcza w niej) możemy ujrzeć ukryte treści wynikające z różnych kontekstów odbioru. Zresztą jestem skłonna nawet odrzucić podział języka na poetycki i praktyczny, gdyż współcześnie oba te języki nieustannie się spotykają, inspirując się nawzajem. Język praktyczny jest używany na takich samych warunkach, interpretacja pozwala nadać mu cech poetyckości. Obie te odmiany sprawują równorzędną rolę. Czynności automatyczne, czy nawyki mogą stać się osią utworu nadając mu niepowtarzalne cechy właśnie przez pozorną normalność. Proces automatyzacji można zatrzymać przez zaakcentowanie go. Coś co widzimy, a nie dostrzegamy w codziennym życiu, gdy jest odtworzone może nabrać dla nas nowych treści. Bez pomyślunku oczywiście nieświadomie odwołujemy się do standardowych formuł, nie wymagających interpretacji. Jednak to, co w rzeczywistości nie dostrzegamy, podobnie przedstawione w sztuce może pozwolić poznawać rzeczy na nowo, łącząc obiektywną obserwację z własnym światopoglądem. Dla mnie właśnie nie łapanie czytelnika na udziwnione haczyki może być skutecznym magnesem. 
Coś znanego można przeżyć jeszcze raz postrzegając to z zupełnie innej perspektywy. “Pani Bovary” jest przecież zwykłą historią o nieszczęśliwej kobiecie, zastygłej w okowach  pospolitego mieszczańskiego społeczeństwa, opowieścią niezwykle podobną do “Kobiety trzydziestoletniej” Honoriusza Balzaka. Wystarczy jednak obejść coś z drugiej strony, pozwolić tekstowi “poznać się od środka”. Poświęcić trochę uwagi i czasu rzeczom, które wydają się nieistotne, gdyż to właśnie one mogą okazać się kluczem. Chwila namysłu pozwala nam wyzwolić graficzne symbole z rzeczywistości. Nawet błahostkę trzeba zobaczyć po raz pierwszy - dopiero potem zastanowić się, czy może okazać się punktem odniesienia. Dzięki tekstom literackim dostrzegamy odmienność sposobu dostrzegania świata każdej jednostki z osobna. Nic nie jest takie jak się wydaje, o wszystkim można myśleć na nowo. Widać to zwłaszcza biorąc udział w dyskusjach na temat odbioru konkretnego dzieła. Na niektóre powiązania sami nigdy byśmy nie wpadli, ponieważ nikt nie jest taki sam. Nikt nie posiada takiej samej wiedzy ogólnej, bazy odniesień, zasłyszanych ciekawostek czy podobnej intuicji czytelniczej. Nawet obserwacje sytuacji za oknem osób stojących obok siebie mogą okazać się skrajnie różne. Ludzie zwracają uwagę na inne szczegóły, różnią się poziomem empatii, mają skłonność do przenoszenia swoich doświadczeń na pozornie nieuzależnione od nich środowisko. Skoro to, co dostrzegamy zmysłami powinno być widziane w taki sam sposób lecz okazuje się zupełnie inaczej odbierane, to jakim cudem zespół znaków może wywołać takie same skojarzenia? 
Dodatkowo nasz subiektywizm może zostać poszerzony mnogością kontekstów nabytych, właśnie w celu pozornie jedynej - słusznej interpretacji. Biografia autora, czy też opinie o dziele stworzone przez konkretnych uczonych pozwalają poszerzyć horyzonty zrozumienia, jednak w żadnym wypadku nie pozwalają na oderwanie się od własnych przekonań. To, co poznamy zawsze przefiltrujemy przez własną podświadomość. Do pozornie pustych przestrzeni wlejemy własne refleksje, pozwalając dostosować tekst do własnych oczekiwań. W interpretacji pomaga zwłaszcza nasze poprzednie doświadczenie ze sztuką odczytywania tekstu. Tylko ktoś, kto miał styczność z “W poszukiwaniu straconego czasu” uchwyci, że fraza “ niewiele widzę w zachwyceniu” w “Sonecie drogi”” Dariusza Foksa nie jest przypadkowa. Każdą styczność z tekstem odnosimy do naszych doświadczeń z innymi dziełami. Nie tylko literackimi. Łapiemy czasem mniej lub bardziej oczywiste aluzje do wielkich dzieł, dajemy się złapać w grę skojarzeń. Te tendencje widać zwłaszcza w kulturze masowej, jej intertekstualność pozwala komuś, kto chce dotrzeć nie tylko do przyjemności sięgnąć do drugiego dna.  Rozległość przemysłu jakim współcześnie stała się cała sztuka pozwala uważnemu odbiorcy oddzielić treść miałką od tej wartej uwagi. 
To właśnie indywidualność interpretacji pozwala na ujrzenie czegoś z zupełnie innej perspektywy, dostrzec pod pozornie niewinnym, prostym i przyjemnym płaszczykiem, ujrzeć głębię. Przyjemność przestaje być bezrefleksyjna, gdy dostrzeżemy inne jej aspekty, liczne odniesienia czy wręcz odtworzenia zaczerpnięte z innych dzieł. Odbiorca nie tylko akceptuje gotowe znaczenia, ale też wytwarza własne. Dlatego sposób percepcji nigdy nie będzie jednakowy. To my przetwarzamy tekst, selekcjonując podrzucane nam tropy. Zbieramy relację w całość, segregujemy wątki. Odszyfrowywujemy nowe znaczenia, wytwarzamy nowe punkty odniesienia. Często tworzymy swoje własne odbicie dzieła, znacznie odbiegające od tego, co prawdopodobnie chciał osiągnąć autor. Logiczne powiązania, związki przyczynowo skutkowe mogą mieć dla każdego zupełnie inne znaczenie. Przetwarzamy tekst otrzymany na własną modłę. Analizujemy, dodając do niego własne przemyślenia. Tworząc własną nadbudowę do tekstu pierwotnego. Często nawet nieświadomie dopasowujemy własne odczucia, które pierwotnie ni jak się nie mają do tworu nad którym się skupiamy. Sprawiamy, że nawet przemilczenia nagle zaczynają mieć znaczenie. Nawet nasze osobiste doświadczenie wespół z emocjami których osobiście doznaliśmy nieustannie wpływa na odczytanie utworu. Nie sposób się od tego oddzielić. 
Nawet otoczenie może wpłynąć na sposób postrzegania. Gdy ktoś karze nam interpretować tekst w konkretnym świetle, automatycznie podążamy narzuconym tropem, wyszukując powiązań. Podążamy za centralną ideą. Tworzymy to, co według nas jest ukryte w tekście.  Tak jak twierdził Stanley Fish - interpretację tworzymy sami. Manipulujemy tekstem na własny pożytek, odciskamy własne kształty na podanym nam na tacy materiale. Przekształcamy, doszukujemy się nie czystych interpretacji, ale pochodnych skażonych przez nadawanie znaczenia nie przez sam tekst, a przez czytelnika. Konstruujemy coś własnego na danej nam postawie. Dlatego niektóre interpretacje uważane są za lepsze od innych. Bardziej prawdopodobne, bo bardziej związane, przystające do autentycznego tekstu. Pozbawione plastycznych naciągnięć, bardziej rzeczywiste. Mogące zostać uznane przez większość za realne. Za Umberto Eco mogę przyznać, że ważna jest próba odtworzenia pierwotnych intencji tekstu, jednak nigdy nie będzie to zabieg skrajnie czysty. Ponieważ nikt nie potrafi wniknąć w zamysł autora. Jednak mamy możliwość wyboru z wielości tych najbardziej uniwersalnych - wbudowujących się w pewną konwencję, kontekst kulturowy. Tekst może mieć wiele znaczeń, lecz niedorzecznością byłoby uznanie, że może oznaczać wszystko. I tu po raz kolejny należy odwołać się do intuicji - potrafimy rozpoznać coś bardziej prawdopodobnego, pasującego do pierwotnego tekstu. Interpretacja, która jest akceptowana przez większość, może stać się przewodnią. Jednak nawet ta przodująca może okazać się niewystarczająca, dlatego skrajna obiektywizacja jest bezcelowa, wręcz niemożliwa. Tylko nasza intuicja pozwala selekcjonować ważne tropy. Szufladkować to, co w naszej wersji jest najważniejsze od wątków, które naszym zdaniem można pominąć. Tylko ona pozwala na stwierdzenie, że coś jest “bardziej”, że podmiotem lirycznym może być sam autor, który miał na myśli akurat dany fakt historyczny. Obiektywnie rzecz biorąc to wszystko jest naiwne gdybanie. Nawet interpretacja własnego tekstu może przecież ewoluować. Wszystko się zmienia - zarówno człowiek, jego psychika, sposób odbioru jak i język. Wszystko ulega nieustającemu postępowi. Dzięki licznym interpretacjom jak i upływowi czasu każdy tekst zaczyna żyć własnym życiem. Nie sposób hamować rozwoju istniejącego tworu narzucając mu jedyną słuszną interpretację.

Literatura:
1. W. Szkłowski: Sztuka jako chwyt. przeł. R. Łużny [w:] Teoria badań literackich za granicą. Antologia t. II, cz. III, wyb. Stefania Skwarczyńska, Kraków 1986. 
2. U. Eco i in.: Interpretacja i nadinterpretacja. Przeł. T. Bieroń. Kraków 1996. 
3. S. Fish: Jak rozpoznać wiersz, gdy się go widzi, w: tegoż, Interpretacja, retoryka, polityka, Kraków     2007.

niedziela, 21 grudnia 2014

Madame Bovary c'est moi ( Gustave Flaubert "Pani Bovary")



Flaubert - wzorcowy przykład odrealnienia, ucieczki od życia w ramiona literatury. Genialny obserwator mieszczaństwa. Krytyk wartości, codzienności i obłudy. Charakter pełen sprzeczności - raz podróżnik i lew salonowy, raz osamotniony artysta pod nieustannym wpływem nadopiekuńczej matki. Ta wielorakość osobowości nie wpłynęła jednak na jednolitość i spójność kwintesencji realizmu. Pani B jest wynikiem ciężkiej, wieloletniej pracy. Wysiłkiem podjętym przy precyzowaniu pojedynczego słowa, krystalizacji formy. Jest wzniesieniem ku obiektywizmowi "Kobiety trzydziestoletniej" Balzaca. Zresztą samo podobieństwo fabuły wskazuje na bezpośrednią inspirację. Flaubert zrobił z tej formy coś, czego Balzak nigdy nie byłby wstanie. Odszedł od emocjonalizmu stając się biernym obserwatorem. Zewnętrznym okiem, nigdy nie angażującym się bezpośrednio. Pisarz pozostał w cieniu. Na tacy wyłożył jak jest, nie okraszając niczego komentarzem własnym. Był poza swoim dziełem. Dzięki temu każde słowo jest przemyślane a szyk zdań nigdy nie jest przypadkowy. Flaubert był rzemieślnikiem, nie artystą. 


Przed ślubem zdawało się jej, że go kocha, ale oczekiwane szczęście nie nadeszło. "Pomyliłam się więc"- myślała i starała się dociec znaczenia słów: szczęście, namiętność, 
upojenie, słów, które tak pięknie brzmiały w książkach.



Mimo wszystkich zabiegów jedna z cech przypisywanych Flaubertowi została zachowana - strach przed pospolitością. Mimo pozornego oddalenia główną osią jest wstręt do mieszczaństwa. Warstwy groteskowej i wszechobecnej. Tworzącej własną zakłamaną moralność. Każdy bunt przeciw stałości okraszony jest poświęceniem. Nie ma wyższej wartości niż spokój. Skandal moralny, który wywołała
publikacja jest jak najbardziej zrozumiały. Mamy XIX wiek a główną bohaterką jest wiarołomna kobieta. Oszukująca swojego na pozór idealnego męża bez skrupułów. Co gorsza - nie jest to postać jednoznacznie negatywna. Flaubert stał się kobietą. Obyczajność została naruszona, co tylko zapewniło sukces wydawniczy. Zresztą sam Flaubert został uniewinniony - sam sędzia dał się oczarować kunsztem przekazu. Główna postać męska - Karol zaskakuje swoją naiwnością. Zaślepiony nie zauważa dwulicowości żony. Ignoruje jej wybuchy złości, nocne eskapady. Nie chce zauważyć fałszu otaczającego go zewsząd. Pozornie wykształcony lekarz zostaje okradziony nawet z majątku. Bezkrytycznie ufając kobiecie traci wszystko. Pieniądze, szacunek - a w konsekwencji tego nawet dziecko i ją samą. Mimo wszystkiego - dalej pozostaje jej wierny. Trwa przy swojej wizji nawet w obliczu końca, nic nie jest w stanie wyprowadzić go z trwającego tyle lat snu. Dla niego kobieta przegrana, samobójczyni i złodziejka pozostaje ideałem wzniesionym na piedestał. Będąc ofiarą, traktuje siebie jako kata. Jest postacią równie tragiczną co główna bohaterka. Jego pozornie dobra postawa jest jednak źródłem całej tragedii. Jest tak zaślepiony swoją miłością, że nie zauważa podmiotowości swojej żony. Tworzy relację pozbawioną szczerości, podstaw więzów rodzinnych.Nie zauważa zmian nastroju, sugestii czy wręcz otępienia i wściekłości. Dla niego prawdziwe relacje to tylko otoczka pozbawiona znaczenia. Bardziej niż prawdziwe zrozumienie cenił święty spokój.Karol nigdy nie rozmawiał z Emmą, nie traktował jej jak równorzędnego partnera.  Żył mieszczańską obłudą robiąc to, co wydawało się słuszne. Nigdy nie zrywając zasłon. Mimo, że prawdziwie kochał - nigdy nie spojrzał wgłąb. Zniewolił się swoją wizją. Porównywał swoje małżeństwo z otaczającymi go wzorcami nigy nie traktując go indywidualnie. Pozostawił Emmę głęboko poza swoją wizją nie konfrontując się z jej definicją szczęścia. Patrząc na nią przez pryzmat byłej żony widział w Emmie anioła, pierwiastek boski. Nawet pogardę traktował jako troskę. Drwiła z tego, co jej ofiarował Umieszczając wzór Pani Bovary w centrum umieścił ją jako istotę mającą swoje potrzeby na marginesie. Kochał swoją wizję nigdy nie poznając perspektywy drugiej strony.



A czyż właśnie mężczyzna nie powinien znać tego wszystkiego, celować we wszelkim działaniu, wtajemniczać kobiety w porywy namiętności i w wyrafinowane tajne życia? 
Ale on nie potrafił jej niczego nauczyć, nic nie umiał, niczego nie pragnął. Sądził, że jest szczęśliwa. Miała do niego żal za tę bezmyślną pogodę ducha i nawet za to szczęście, które mu dawała.



A Emma go nienawidziła. Zdawała sobie sprawę z jego niedociągnięć bardzo boleśnie. Chciała bogatego kochanka zdolnego wprowadzić ją na salony i obdarzyć miłością iście romantyczną. Całe życie dążyła do zrealizowania wizji, którą poznała w dzieciństwie. Brak domowego wzorca zastąpiła powieścią wolterscotowską. Straciła całą przenikliwość. Żyła poza rzeczywistością, nigdy tak do końca nie wierząc w realność doczesnego życia. Prowincjonalny lekarz miał być środkiem do celu - niestety i ta wersja okazała się ulotna. Zawiódł jej płonne nadzieje, zmusił do poszukiwań. Emma zawsze wierzyła w prawdziwość swoich wyobrażeń, magię, którą przekazały jej lektury za młodu. Dla niej tak właśnie miało wyglądać życie spełnione, z dziecinną naiwnością nie zdawała sobie sprawy z tego, że wyobrażenie nie jest możliwe do zrealizowania.


Żal pozostał. Pani Bovary nie kochała nawet siebie. 
Emma zaś nie zastanawiała się wcale nad tym, czy kocha Leona. Myślała, że miłość powinna spaść wśród gromów i błyskawic jak huragan, który z niebios
wtargnowszy nagle w życie tratuje wszystko, porywa ludzkie postanowienia, jak liście,
 i serce pociąga za sobą w otchłań. Nie wiedziała, że gdy zatkają się
rynny, deszcz może zalać taras domu, i czuła się wciąż bezpieczna, gdy nagle pewnego dnia odkryła rysującą się na ścianie szczelinę.


Żyła cudzym życiem. Chwytała się każdej ułudy - dla niej każdy romans był preludium spełnienia życiowego. Emma żyła życiem zdeterminowanym, dążyła do samozagłady. Pozornie nieistotne chwile, gdy kobieta patrzy w okno ukazują całokształt jej egzystencji. Podziwiała z daleka wizję, której nigdy nie będzie dane jej osiągnąć. Chciała zbyt wiele nie doceniając teraźniejszości. Jej koniec był jak najbardziej do przewidzenia. Próbując wznieść się ponad doczesność boleśnie upadła. Tworząc tą całą grę pozorów zabiła w sobie radość życia. Szukając indywidualności stała się przedmiotem przekazywanym z rąk do rąk. Najpierw podarunkiem ojca Rouault dla Karola, później będąc bibelotem w rękach kolejnych kochanków. Z czasem zbędnym. Emma była niewłaściwą osobą w niewłaściwym miejscu. A mogła być starym ojcem Bovary, który będąc szczerym, egoistycznym ekscentrykiem wydobył z życia to, co Emma nieustannie poszukiwała - zwykłe zmysłowe zadowolenie. Dla niej jednak "domek był zbyt ciasny". Jak zwykle tak bywa z charakterami niestałymi, zbytnio skłonnymi do wzruszeń i bezgranicznego otumanienia.







czwartek, 11 września 2014

Głębszy z Balzakiem



Rozszerzający się w zatrważającym tempie book challenge zmusił mnie niejako do uporządkowania pewnych rzeczy. Zaczęłam się zastanawiać czemu, jak i dlaczego. W ten sposób doszłam do sedna problemu - w życiu nie potrafiłabym wybrać TYCH dziesięciu książek. Może gdybym musiała wybrać pięćdziesiąt, mniejsza liczba jest dla mnie nie do pomyślenia. Każde dzieło niesie coś nowego, innego. Nawet najgorsze pozycje pozwalają budować nam swój profil czytelniczy (tak, z bólem serca przyznam - wymęczyłam "50 twarzy Grey'a" z czego do dziś nie mogę się pozbierać). Mając wybrać te najbardziej wartościowe za pół roku z zatrwożeniem łapałabym się za głowę i zastanawiała jakim cudem wybrałam akurat takie pozycje. Moja lista zmienia się jak w kalejdoskopie. Wszystko zależy od pory dnia, nastroju. Zmienia się razem ze mną. Jednak jeden punkt jest stały- mianowicie Honoriusz Balzac. Tak właściwie to zupełnie nie wiem jaki jest tego powód. Kocham tego autora miłością głęboką, platoniczną i niezmienną. Jest to dla mnie uczucie tak zaskakujące, że nawet potrafi zmusić mnie do złamania swoich ideałów ( tak, zrobiłam sobie zdjęcie przy jego grobie - takie ołtarzykowe, tylko i wyłącznie dla mnie, ukryte dla reszty świata). Zacznę od początku - Honore de Balzac urodzony w 1799 roku w Tours jest dla mnie archetypem Paryżanina. Z jednej strony rozrzutny pijak, z drugiej jeden z najważniejszych powieściopisarzy europejskich. Górnolotnie wierny swym ideałom porzucił studia prawnicze dla wykładów z literatury i filozofii. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że to jak najbardziej słuszna decyzja. Sama czasem mam ochotę to zrobić, niestety moja tchórzliwa natura nadal trzyma mnie w nieodpowiednim miejscu z nadzieją, że zostanę znanym jurystą. Wracając do głównego bohatera - pierwsze sukcesy odniósł w roku 1829. Rozsławił się jak to przystało na bezwstydnego hulakę powieścią "Fizjologia małżeństwa" która zyskała rozgłos bazując na małym skandalu spowodowanym brakiem wymaganej  przyzwoitości. Od tego momentu zaczęła powstawać Komedia Ludzka. 





Absolutnie wyjątkowy cykl. Przy tej kreacji świata "Gra o tron" może się schować. Nie potrafię zrozumieć jak poczciwy Honoriusz mógł wymyślić tak rozległy świat, postacie połączone więzami nawet w najmniejszych szczegółach. Mam wrażenie, że nawet zwykły przechodzień może być spokrewniony z bohaterem jednego z tomów. U Balzaca nie ma przypadkowości, bo nawet owa przypadkowość jest przemyślana. Dla osoby postronnej jest to motyw  nie do wychwycenia jednak gdy trzyma się kolejny tom wszystko magicznie układa się w całość. Miejsca, ludzie wydarzenia. Wszystko jest wspólne i ma na siebie wpływ. Jak w życiu. Kolejną rzeczą wyjątkową jest unikatowy charakter. Żartobliwa kpina z życia odbija się w każdej z jego powieści. Większość jego twórczości to tragikomedia podszyta obłudą. Balzak zdaje sobie sprawę z ulotności życia, czuć ją na każdej stronie. Jednak w poważaniu ma cierpienie i nieunikniony koniec. Wie, że i tak nastąpi, więc po co się roztkliwiać. To, co jest dla ciebie istotne dla innego nie jest warte ulotnego spojrzenia. Pewnych rzeczy się nie zmieniają, Ludzie są sterowani przez żądze a nad tym wszystkim panuje chęć zaimponowania równie pozbawionej skrupułów reszcie. Plotka jest niebezpieczną bronią, prawda nie broni się sama. Bo prawda jest taka jaką cwana jednostka ją wykreuje. Nieważne czy chodzi o wpływowego barona czy pospolitego Vautrina. Liczy się spryt i wpływy. Wygra najprzebieglejszy albo najbogatszy. Tak jest u Balzaka, nie ma ckliwości. Miłość nie potrafi wytrwać na piedestale przygnieciona prozą egzystencji. Jest jeszcze jedna rzecz która pozwala mi subiektywnie wyciągnąć Francuza przed szereg - moja nieukrywana frankofilia. Jestem skrajnie nieobiektywna gdy tylko chodzi o Wielką Francję. Balzak żył Paryżem tak jak ja żyję zachwytem do tej wielowiekowej metropolii. Każdy opis przywołujący świetność stolicy wywołuje u mnie dreszcze, a prawdziwy Paryż przypomina mi o tym z czasów komedii. Dlatego wracam do tego miasta nawet w myślach prawie codziennie idealizując je do granic możliwości. Na to akurat nic nie poradzę - wychowałam się na opisach Paryskich przedmieść więc nie liczę, że ta fascynacja kiedykolwiek mnie opuści. Kolejnym dodatkiem o którym warto wspomnieć jest słabość do kobiet z którą pisarz miał niemały problem. Jego osobista historia miłosna ma nawet odbicie w postaci serialu produkcji polskiej (niebywałe znaczenie w powstaniu tej produkcji ma fakt, że usidlić zdołała go Polka - Ewelina Hańska w którą wcieliła się Beata Tyszkiewicz). Dzisiejszego dnia mój subiektywizm sięgnął apogeum.  Moje uwielbienie Balzaka jest na niesamowicie irracjonalne, bo zdaję sobie sprawę, że istnieją autorzy godni równie płonnego uczucia jednak nie potrafiący go u mnie wywołać. A akurat ten nie ma dla mnie wad, zgrabnie ukrywa je między opisami dawnego miasta. Dla mnie jest jedyny i niezastąpiony, a jego kreacja świata jest idealnym odbiciem rzeczywistości gdzie każdy najmniejszy gest ma znaczenie.





* Nie mam problemów z prezentem urodzinowym - dążę do zebrania całej Komedii Ludzkiej, każdy jej tom jest dla mnie dobrodziejstwem niebywałym.

* *Zdjęcia są mojego autorstwa, co tylko potwierdza moje głębokie uczucie. Nagrobek pisarza i Hańskiej na cmentarzu Pere Lachaise i dom Balzaka w Paryżu.

niedziela, 20 lipca 2014

Bóg jak zwykle nie zareagował ( Yossi Avni "Ciotka Farhuma nie była dziwką")



Moja osobista tragedia polega na tym, 
że właśnie tutaj między potomkami morderców jest mi lepiej i milej niż wśród rodaków.

Gdy zanurzymy się w "Ciotce" zbyt płytko możemy błędnie uznać ją za rzewną historyjkę godną mienia klasycznego love story XXI wieku. Banalną opowiastkę o żydzie-geju, który chce być szczęśliwy mimo wszystko. Z powodzeniem moglibyśmy umieścić ją na półce obok harlequinów gdyby nie dominujące poczucie krzywdy. Przebrzydła tęsknota wylewająca się z każdej strony. Niedająca o sobie zapomnieć, beznadziejnie nachalna. Droga bohatera okrojona jest ze zbędnych detali, naleciałości otaczającej go rzeczywistości. On wszędzie, stale odczuwa to samo. Nawet odrębność kultur jest zmarginalizowanym tłem, widmo nieuchronnego konfliktu jest nieistotne. Od Izraela, Belgrad po Berlin ścieżka jest jednostajna. Wyzwolone miasta nic nie oferują, są płytkie. Rozpacz widnieje nawet w płynnej narracji. Izraelski pisarz stworzył swoją pierwszą powieść w oparciu o składny przypadek. Rytmicznej prozie towarzyszy wulgaryzm, epatuje prostactwem przekazu. Pojawiającemu się dość często bogactwu delikatnych, chwytliwych metafor przeciwstawia się równie urzekający brak jakiejkolwiek ogłady. Całość jest paraboliczna ironią, stale uwypuklonym sarkazmem. Czarny humor ociera się o perwersyjną, prowokującą patetyczność. Brak tu świętości, wszystko należy do człowieka. Przebłyski szczęścia to tylko zbędne, utracone chwile dające iskrę nadziei. Przeszłe poczucie wszechmocy. Piękno jest okrojone. Idealną doskonałością jest niedostatek. Plastyczność wzniosłych uczuć staje się rozerotyzowana. Miłość z niebywałą naturalnością przeplata się z przypadkowym seksem. Są to rzeczy tak oczywiste i powiązane, że aż wynikają z siebie nawzajem. Nieustannie towarzyszącym kontrapunktem zdaje się być ukochany bohatera - zawsze równie obecny, mityczny bożek. Momentami niechciany, jednak będący niezbędnym uzupełnieniem. Ta stałość potęguje upadlające wręcz przywiązanie. Wywołuje rozgoryczenie. Groteskowo wyodrębnione poczucie winy determinuje dalsze losy. Tragizm jest boleśnie przewidywalny. Powoduje pewien rodzaj nieudolności, fatum pod postacią paradoksu. Chce, ale nie może, bo wcale mu nie zależy. Niezamknięcie rozdziału rodzi rozkład osobowości na czynniki pierwsze. Daje coś zarazem odbierając. Gdy to "coś" zbyt długo kona śmierć staje się jeszcze bardziej potrzebna. Odwlekanie prowadzi do biernej akceptacji. Przyzwyczaja i drażni naszą ciekawość nieustępliwym pytaniem "co by było gdyby?".


-Widziałeś jak pawiany pożerają młode gazele? Lwy i gepardy duszą ofiarę.
 A pawiany i szympansy łapią gazelę i po prostu wydzierają z niej żywe kawałki, 
które potem ze spokojem przeżuwają. A wiesz dlaczego? (...).
Bo są wpół ludźmi.-powiedział Arik. - Dlatego są takie okrutne.

Oprócz dogłębnego nakreślenia wątku miłosnego widzimy życie przez pryzmat relacji międzyludzkich. Każda z pojedynczych więzi pozostawia trwały ślad, kształtuje charakter i tworzy dalszą historię. Pozwala na powielanie schematów. Dzięki realizmowi i prostocie mamy wrażenie obcowania z biografią. Wnikamy w określoną wizję straconego pokolenia. Wielokrotnie upokorzonego, zrezygnowanego. Ocieramy się o masochistyczną osobowość Izraelczyków. Obcych na własnej ziemi. Doświadczamy braku przynależności, skutecznego oparcia się asymilacji. Jednak cały ten dekadentyzm sobie przeczy, daje szansę. Historia pozostaje niedomknięta. Nawet gdy wykażemy się niezwykłą odpornością na przenikliwość myśli autora to i tak nie będzie to stracona lektura. Przypadkiem zawsze zostanie nam w pamięci stolica Hondurasu i to, że Fahruma okazała się urodzona pod szczęśliwą gwiazdą.


Istnieją garnki, którym się zdaje, że są patelnią albo czajnikiem 
i dlatego trudno dopasować do nich pokrywkę.

sobota, 12 kwietnia 2014

Jest po prostu złym, szkodliwym człowiekiem. Jego życie jest złe (Jack London - zbiór opowiadań "Dom Pychy")



Sięgnięcie po przeszło dziesięciu latach do twórczości pisarza mojego dzieciństwa wzbudziło we mnie niebywały sentyment. Autor kojarzył mi się wyłącznie z "Białym Kłem" czy "Zewem Krwi". Ponowne spotkanie pozwoliło mi odkryć na nowo złożoność jego świata- zarówno prawdziwego jak i tego stworzonego. Życiorys autora jest zresztą źródłem nieskończonych inspiracji. Zbyt szybkie dorastanie, fascynacja literaturą (tak obca dla środowiska w którym się kształtował). Niespotykana ciekawość i odwaga pozwoliła mu doświadczyć w czterdzieści lat o wiele więcej niż inni. Żądza przygód otworzyła przed nim rzeczywistość, którą odkrywał z różnych perspektyw, a przewrotność charakteru umożliwiła dostosowanie się do skrajnie różnych warunków. Był po prostu entuzjastą życia.


Ludzie nie stają się bogatsi przez pracę własnych rąk.

Imał się rozmaitych zajęć. Był marynarzem, kłusownikiem, poszukiwaczem złota nad Klondike, korespondentem wojennym. Prowadził życie włóczęgi. Próbował zdobyć wykształcenie, jednak zmuszony był przerwać studia z powodów materialnych. Talent jednak obronił się sam. Dzięki temu, że narzucił sobie surową dyscyplinę tworzył regularnie, nie uzależniony od natchnienia w którego istnienie zresztą nie wierzył. Był człowiekiem pracy, zdeklarowanym socjalistą. Często odwoływał się do Marksa i Spencera. Zgrabny zbiorek opowiadań ("Dom Pychy", "Koolau trędowaty", "Żegnaj, Jack", "Chun Ah Chun", "Szeryf miasta Kony", "Aloha Oe", "Jack London o sobie"), skrawek twórczości scala miejsce akcji - pełne sprzeczności Hawaje. Rajskie plaże i gorący klimat zyskują wielowymiarowość. Stają się ostoją nierówności społecznych,wyzysku, a nawet gettem. London nie omija problemu asymilacji amerykańskich przybyszów. Wprost oskarża swoich rodaków o agresywną ekspansję. Wyparcie i marginalizację tubylców, pozbawienie ich tożsamości. Jego archipelag jest zgniły, trąd kładzie na niego cień. Ukazuje prawdziwe, wielowarstwowe oblicze stereotypowego piękna. Molokai - miejsce przymusowej zsyłki. Synonim wyroku śmierci. Wyrywa z sielankowej atmosfery tropików. To tartar dla groteskowych karykatur. Pozornie usprawiedliwiając wykluczenie zmienia pełnię życia w pełzające robactwo. Niezwykły naturalizm żywych trupów. Molokai nie wybiera. Ucieczka tylko odwleka to, co nieuniknione. Molokai dotyka przypadkowo. Nie kieruje się niczym. Nie patrzy na wiek, zawód, pochodzenie. Zabiera tubylców jak i przyjezdnych. Darowuje nieusuwalne piętno, powolne oczekiwanie na wyrok. Jest końcem za życia. Zmienia je w okrutny żart.


Dlatego, że jesteśmy chorzy, odbierają nam wolność.
 Byliśmy posłuszni prawu. Nie uczyniliśmy nic złego. 
A przecież zamknięto nas w więzieniu.

Autor mierzy się z niewygodnymi tematami z niesamowitą konsekwencją i wyrazistością. Siła jego przekazu jest widoczna zwłaszcza w sposobie kreowania postaci. Zgrabnie zarysowuje skrajnie różne sylwetki. Każdemu przypisuje cechy indywidualne, co pozwala zróżnicować je w odbiorze. Zarazem nie identyfikuje się z żadną z nich. W ten sposób otrzymują autonomię, stają się samodzielnym bytem. London tworzy postacie zupełne. Bogacz - filantrop, brzydzący się zezwierzęceniem jemu współczesnych chełpi się swoją chciwością pod płaszczykiem bogobojności. Zrównuje się z mesjaszem, święty za życia. Śladem ojca myli przemysł ze zbawieniem dusz. Wypiera prawdę, której jednak nie sposób ominąć. Przeczy swoim ideałom wewnętrznie nie zdając sobie z tego sprawy. Robi to, co potrafi najlepiej - pieniędzmi przedłuża żywot swojej wizji. Umysł pozwala mu stworzyć bez zbędnej skazy fałszywą utopię. Bojownik moralności zaprzecza własnemu człowieczeństwu. Traktując życie zbyt poważnie "duchowy arystokrata" budzi tylko politowanie.


-Cóż w takim razie jest większe niż bóg?-zapytał. 
-Powiadam ci: pieniądze. W życiu miałem do czynienia z żydami, z chrześcijanami, z mahometaninami, z buddystami i z małymi, czarnymi mieszkańcami Wysp Salomona i Nowej Gwinei, którzy nosili swoich bogów przy sobie, zawiniętych w ceratę. Wszyscy oni posiadali różnych bogów, ale uwielbiali tylko pieniądze.

London jednocześnie oddaje cześć magnetyzmowi pierwotności. Stawia go na równi z przymiotami ducha. Brutalnie odziera ludzkie oblicze z instynktownej powierzchowności. Dosadnie i z prostotą ukazuje różne oblicza natury. Jest zręcznym obserwatorem. Pokpiwa z zakłamania. Pokazuje, że nadmiar bożków szkodzi. Odwołując się do uniwersalnych prawd zdołał jednak uniknąć pewnego powielania się. Bogactwo życia zrodziło mnogość wizji. On nie tworzy, a opisuje. Wątki biograficzne są kanwą wszystkich dzieł. Jego sztuka to raczej forma skrupulatnego dziennika. Pewien rodzaj indywidualizmu z jednoczesnym zachowaniem zdystansowanej postawy. Jest świadectwem świadomego istnienia. Pełnego podróży i ciężkiej pracy. Jest niemalże źródłem historycznym - co zapewnia Londonowi długowieczność i pozwala  trwale zapaść w pamięci. Posiada wszystkie cechy literatury, która będzie czytana przez pokolenia.


Albowiem z całego życiowego doświadczenia i ze wszystkich rozmyślań to jedno pozostało staremu Chińczykowi: przekonanie, że świat jest, zaiste, bardzo zabawny.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Zbrodnią byłaby pobłażliwość ( Antoine de Saint-Exupéry "Nocny lot")



"Nocny lot" nie licząc charakterystycznego stylu ni jak się ma do "Małego Księcia". Ze świecą przyjdzie nam szukać rozłożystych metafor, wszechobecnych paraboli. Krótka powieść jest na wskroś realistyczna, bije od niej niezrozumiała prawda. Jest właściwie przelaniem na papier ćwiartki życiorysu pisarza, tego najistotniejszego elementu. Przedstawiając kuluary lotnictwa pocztowego przemyca wartości, problemy z którymi czytelnik samodzielnie staje w szranki. Pasja Antoine'a de Saint-Exupery-ego wydaje się złożona z boskiego pierwiastku. Jest kwintesencją czegoś najistotniejszego, absolutem dla rzeszy jemu podobnych. Jest celem samym w sobie, wartym największych poświęceń.


Trzymał w swym ręku bijące serce towarzysza i swoje własne. 
I nagle te jego ręce napełniły go przerażeniem.

Wykonujący ją często ocierają się o skrajny mistycyzm. Bez mrugnięcia okiem giną, gdy przyjdzie na to pora. Powaga ich zawodu jest przytłaczająca. Odrealniona. Nawet przemyślana decyzja może okazać się ostatecznym wyrokiem. Każdy wybór obciążony jest instynktowną wolą, której ryzyko jest nieodłączną częścią. W zamian wznosi, daje spokój i poczucie spełnienia. Stan bliski poszukiwanej od wieków nirwanie. Oddala od prozy życia. Jest prostym sposobem na odkrycie krótkotrwałej nicości. Uosobieniem życiodajnej walki z czymś "ponad". Źródłem wszystkiego co upragnione, aczkolwiek niedostępne. Lot to czysta forma egoistycznego heroizmu. Jednostka jest instrumentem, maszyna stała się istotą człowieczeństwa. Żyjącą materią zdolną samoczynnie decydować. Tworzy złudzenie bezpiecznej ostoi. Aeroplan z przedmiotu staje się sercem.


Godzimy się z tym, że nie jesteśmy wieczni, ale nie możemy znieść tego, 
aby sprawy nasze i czyny utraciły nagle w naszych oczach wszelki sens. 
Wtedy bowiem obnaża się pustka, która nas otacza...


Wielość perspektyw pozwala wniknąć w profesję. Każde ogniwo - zwierzchnik, radiotelegrafista czy nawet towarzysz życia odczuwa inaczej. Przekrój ten zbliża nawet bardziej niżbyśmy chcieli, trwamy obok pozbawieni obiektywizmu. Lotnik jednak pozostaje kimś więcej, nadczłowiekiem. Wydaje się znać prawdę, codziennie doznawać odkupienia. Dając samego siebie zyskuje coś niewyobrażalnego, niezrozumiałego dla zwykłego śmiertelnika. Odczuwa mocniej, jest panem przestrzeni. Nieustannie igra z przeznaczeniem niosąc na barkach niezwykłą odpowiedzialność. Dostrzega świat dziewiczy, nieskalany. Będący żywą, pełną gniewu i piękna istotą. Nieprzewidywalnym żywiołem, który łaskawie podaruje by znienacka odebrać. Roszczy sobie prawa do każdej cząsteczki.



Ale jeżeli nawet życie ludzkie jest bezcenne, postępujemy zawsze tak, 
jak gdyby istniało coś, co jest więcej warte niż ludzkie życie.


Lotnictwo równa się poświęceniu, jest wyborem przeznaczenia. Narodzinami zamiłowania, które niektórzy mylą z obłędem. Obowiązek staje się wybawieniem. Pozwala inaczej pojąć coś, co pozornie należy do tej samej przestrzeni. Ziemski żywot wydaje się przejściowy. Dany "krótko, jak zabawka biednemu dziecku". Pozbawiony jakiejkolwiek kontroli. Jest czymś poza nami. Jednostajnym, oddalającym się coraz bardziej. Czymś, co zamiast otwierać - zamyka oczy. Śmierć jest tylko zwitkiem papieru. Odsuwana na boczny tor, natychmiast zastąpiona innym istnieniem, by na powrót zrównoważyć trybiki. Strata nie zmienia terminarza. Biurokracja odbiera prawo do żałoby. Dobór hierarchii z tej perspektywy wydaje się zrozumiały mimo, że kłóci się z interesem jednostkowym. Wywołuje jednoznaczny sprzeciw, nurtujące pytanie - czy mimo wszystko było warto?


Ci ludzie, którzy, wykonywając dalej swoją pracę, jakby deptali po żywym ciele; 
te stosy papierów, na których życie i cierpienie ludzkie pozostawiały jedynie ślad cyfr obojętnych(...). Tam w domu wszystko mówiło o jego nieobecności: zasłane łóżko, kawa na stole, bukiet kwiatów... Tu jednak nie dostrzegała żadnego po nim śladu.


Dzieło w żadnym wypadku nie wyjaśnia fenomenu lotnictwa, nie pozwala zrozumieć "dlaczego". Otwiera tylko furtkę. Wywołuje niemy podziw. Niepokój, który autor umiejętnie dokarmia otwartą kompozycją. Brak jednoznacznego zakończenia wywołuje niedosyt, zabija nadzieję. Przedstawia fatalizm okraszony cichym bohaterstwem. Brak zasłony emocjonalnej powoduje, że świat wydaje się niepełny. Łączy on poczucie obowiązku z wolnością istnienia. Jedynym dopełnieniem wydaje się przeznaczenie. Przenikliwość Antoine'a de Saint-Exupery'ego pozwoliła mu stworzyć swoiste epitafium. "Mały Książę" nie był dziełem przypadku.


31 lipca 1944 roku wojskowy samolot zwiadowczy, pilotowany samotnie przez Antoine'a de Saint-Exupery'ego nie powrócił do bazy na Korsyce.